Jak to się mówi – wszystko co dobre szybko się kończy. Dlatego nasz urlop choć bardzo przyjemny (i trochę wyczerpujący) jest już za nami. Wyjazd urlopowy rozpoczęliśmy tydzień przed oficjalnym rozpoczęciem wakacji i podczas 17 dni wędrówki z plecakiem przeszliśmy 300 kilometrów od Wołosatego do Krościenka nad Dunajcem. Był to dla nas kolejny etap realizacji naszego planu przejścia całego GSB, który jednak ze względu na braki w kondycji wykonujemy podczas kilku wyjazdów. Poprzedni wyjazd opisuję w tym poście:

Wyciągnąłem pewne wnioski z tamtego wpisu i tym razem opis wyjazdu podzielę na 3 części – nie chcę by ten tekst rozrósł się do zbyt dużych rozmiarów.

W tej części opisuję odcinek od Wołosatego do Iwonicza Zdrój. Poniżej przedstawiam mapę z trasą jaką przeszliśmy pomiędzy tymi miejscowościami.

Wszystkie noclegi podczas tej wyprawy mieliśmy zarezerwowane przed wyjazdem, a rezerwacji dokonaliśmy miesiąc wcześniej. Podobnie zresztą zrobiliśmy z biletami autobusowymi.

Dzień 1 – 13 czerwca 2019

Nadszedł długo wyczekiwany urlop.

Wstaliśmy o 5 rano i od rana towarzyszył nam lekki stres. Byliśmy już przygotowani na wyjazd, bo pakowaliśmy się wieczorem poprzedniego dnia, jednak czekała nas najdłuższa jak dotąd wyprawa w góry i trochę się martwiliśmy czy wszystko pójdzie tak jak zaplanowaliśmy.

Prawie cały pierwszy dzień mieliśmy przeznaczony na dojazd do Ustrzyk Górnych. Jazda autokarem trwała 9 godzin, z przesiadką w Rzeszowie. Czasu na przesiadkę mieliśmy aż 3 godziny, dlatego wykorzystaliśmy je na szybkie zwiedzanie Rzeszowa.

Na dobry początek. Rzeszów.

Wyjazd można zaplanować bardzo skrupulatnie, ale i tak nie przewidzi się wszystkiego. Dlatego na dobry początek autokar przyjechał mocno spóźniony i w Rzeszowie byliśmy prawie godzinę później niż było to planowane.

To była nasza pierwsza wizyta w stolicy Podkarpacia i naszym planem było przespacerować się przez najciekawsze miejsca w centrum i ogólnie zapoznać się z miastem.

Brak wolnych miejsc

Planowaliśmy zwiedzić Podziemną Trasę Turystyczną na rzeszowskim rynku. Jednakże okazało się, że w godzinach w których byliśmy w Rzeszowie wszystkie miejsca były zarezerwowane przez wycieczkę szkolną i pierwsze dostępna godzina wejścia była dopiero po naszym wyjeździe. Cóż, zwiedzimy ją następnym razem!

Ustrzyki Górne

Kontynuując naszą wcześniejszą passę autokar do Ustrzyk Górnych przyjechał z 20 minutowym opóźnieniem. Za to tym razem opóźnienie zostało nadrobione w trasie i punktualnie o 17:50 postawiliśmy nasze stopy na bieszczadzkiej ziemi.

Zameldowaliśmy się w naszym miejscu noclegowym, zostawiliśmy plecaki i nie marnując czasu poszliśmy na spacer po Ustrzykach.

Turysto! Oszczędzaj wodę!

Na drzwiach jednej z restauracji znajdowało się bardzo poważne zalecenie dotyczące oszczędzania wody. Wiadomo, ekologia jest najważniejsza, dlatego bez żadnej skargi dostosowaliśmy się do tego ogłoszenia.

GOPR czuwa

Spacerując po Ustrzykach przechodziliśmy obok oddziału GOPRu w Ustrzykach Górnych. Na polanie obok budynku stał helikopter i wyglądało na to, że właśnie sprawdzają stan techniczny maszyny. Może Bieszczady to nie są wysokie góry, mimo to dobrze wiedzieć, że GOPR czuwa i jest odpowiednio wyposażony.

Dzień 2 – 14 czerwca 2019

Pierwszy dzień na szlaku

Pobudka o 6:00, szybkie śniadanie i wychodzimy na autobus. Musimy dojechać z Ustrzyk Górnych do Wołosatego, gdzie zaczyna się nasz szlak. Jako, że miejscowości dzieli tylko 6 kilometrów, to po dziesięciu minutach jazdy byliśmy już na miejscu. W kasie kupiliśmy bilety wstępu do Bieszczadzkiego Parku Narodowego i rozpoczęliśmy marsz czerwonym szlakiem.

Przełęcz Bukowska

Pierwsze kilometry prowadziły nas głównie przez las i dopiero na Przełęczy Bukowskiej wyszliśmy spomiędzy drzew. Przełęcz ta znajduje się bardzo blisko granicy z Ukrainą i zaledwie 100-200 metrów od nas znajdowały się słupy graniczne.

Halicz

Niedaleko za przełęczą znajdują się szczyty Rozsypaniec, a dalej Halicz.

Halicz ma wysokość 1333 m. n.p.m. i jest trzecim najwyższym szczytem w polskich Bieszczadach. Za to był najwyższym szczytem na jakim byliśmy podczas tego dnia oraz całego wyjazdu. Dlatego mimo tego, że zdobycie tej góry nie było wymagające to mogliśmy mieć nadzieje, że najtrudniejsze za nami 😉

Tylko matka natura

Będąc na Haliczu, rozglądając się w każdą stronę, aż po horyzont nie mieliśmy w zasięgu wzroku żadnej miejscowości. Bieszczady to jedyne znane mi w góry, gdzie można doświadczyć czegoś takiego. Jeżeli jeszcze nie znasz tego uczucia, to naprawdę warto pojechać i sprawdzić jak to jest.

Od Halicza do Przełęczy pod Tarnicą

Gdy już nacieszyliśmy się widokami i spokojem na Haliczu to ruszyliśmy dalej w kierunku Przełęczy Goprowskiej. Przeszliśmy obok Kopy Bukowskiej i dalej przez dwie przełęcze Goprowską i pod Tarnicą. Ze względu na to, że szlak omija Tarnicę to tym razem tego szczytu nie zdobyliśmy. Za to nacieszyliśmy się jego widokiem patrząc na niego z Tarniczki oraz Szerokiego Wierchu.

W kierunku Ustrzyk Górnych

Jako, że Tarnica jest najwyższym szczytem w polskich Bieszczadach przyciąga wielu ludzi i od przełęczy pod Tarnicą, idąc w kierunku Ustrzyk Górnych, spotykaliśmy o wiele więcej osób niż wcześniej.

Odkąd zostawiliśmy przełęcz pod Tarnicą za naszymi plecami, szlak już prawie cały czas się obniżał. Za Szerokim Wierchem jeszcze przez pewien czas prowadził odsłoniętą granią, jednak im byliśmy bliżej Ustrzyk Górnych tym bardziej schodził niżej, aż w końcu wszedł w las ukrywając przed nami widoki Bieszczad.

Ponownie w Ustrzykach Górnych

Do Ustrzyk Górnych dotarliśmy o godzinie piętnastej. Okazało się, że mieliśmy dużo szczęścia, bo już 20 minut później zaczął padać deszcz. My w tym czasie zajadaliśmy się już pierogami bolkowskimi oraz kwaśnicą. To był mój pierwszy raz gdy jadłem kwaśnicę! I jestem pewien, że nie ostatni 😉

Po obiedzie udało się nam złapać moment, gdy deszcz był lżejszy. Wykorzystaliśmy go by pójść do sklepu i wrócić na nasz nocleg.

Dzień 3 – 15 czerwca 2019

Pobudka o 4:30

Na ten dzień mieliśmy zaplanowany 8.5-godzinny marsz, a naszym celem było przejście przez Połoniny Caryńską i Wetlińską do miejscowości Smerek. Obie połoniny przez wiele kilometrów są odsłonięte na słońce, dlatego wstaliśmy wcześnie rano, by przejść jak najdłuższy odcinek drogi przed upałami.

Połonina Caryńska

Poranek nie był upalny, a wręcz było chłodno. Zaś deszcz, który padał poprzedniego wieczora, zostawił po sobie trochę mgły oraz wilgotnego powietrza. Dlatego na szlak wyszliśmy ubrani w długi rękaw i długie spodnie. Szlak jednak jest na tyle wymagający, że szybko się rozgrzaliśmy i przebraliśmy w lżejsze ubrania.

Przez pierwsze półtory godziny, zanim dotarliśmy do Połoniny Caryńskiej, szliśmy przez las. Po dotarciu do połoniny, przez kolejne 4 kilometry, mieliśmy piękne widoki na wszystkie okoliczne góry.

Brzegi Górne

Zarówno Połonina Caryńska jak i Połonina Wetlińska mają średnią wysokość w okolicach 1200 m. n.p.m. Jednak, że pomiędzy połoninami znajduje się przełęcz w Brzegach Górnych o wysokości 740 m. n.p.m. Dlatego najpierw trzeba zejść z jednej połoniny i dopiero wejść na drugą.

Piękne widoki na Połoninie Caryńskiej sprawiły, że spędziliśmy tam dużo czasu na cieszenie się nimi i na robieniu zdjęć. Dlatego doszło do tego, że na Połoninę Wetlińską wchodziliśmy w okolicach godziny jedenastej, gdy słońce było już wysoko i dawało się we znaki.

Chatka Puchatka

Po męczącym podejściu w upale pierwszym co zobaczyliśmy na Połoninie Wetlińskiej była Chatka Puchatka. Legendarne schronisko, ostatnie w Polsce bez elektryczności, bieżącej wody oraz kanalizacji. I być może nie brzmi to zachęcająco, ale to miejsce naprawdę posiada swój klimat. I jeżeli ktoś chciałby to sprawdzić, to warto się pośpieszyć, bo w planach jest przebudowa tego miejsca.

Połonina Wetlińska

Połonina Wetlińska podobnie jak jej sąsiadka ciągnie się przez około 4 kilometry i tylko w kilku miejscach daje możliwość schronienia się przed słońcem. To sprawiło, że marsz był dla nas bardzo wyczerpujący.

Lis na Przełęczy Orłowicza

Idąc od strony Brzegów Górnych, Połonina Wetlińska kończy się szczytem Smerek. Przed szczytem znajduje się Przełęcz Orłowicza i to na niej spotkała nas miła niespodzianka.

Kawałek za przełęczą zatrzymałem się by zrobić kilka zdjęć i okazało się, że na przełęczy, w miejscu w którym chwilę wcześniej odpoczywaliśmy właśnie przechadza się lis. Wyglądało na to, że sprawdzał czy nie zostawiliśmy mu jakiegoś jedzonka.

Smerek

Chwilę później byliśmy na szczycie Smerek. Pod szczytem znajduje się miejscowość o tej samej nazwie i stojąc u góry widzieliśmy nasze miejsce noclegowe – duży, biały budynek. Wydawało się, że to nie daleko, ale jeszcze czekało nas ponad półtorej godziny drogi. Na szczęście w większości przez las, więc było już o wiele chłodniej. Przez cały dzień słońce dało się nam we znaki i wieczorem oprócz opalenizny mieliśmy także, w niektórych miejscach, lekkie poparzenia od słońca.

Dzień 4 – 16 czerwca 2019

Niespodzianka na szlaku

Po poprzednim dniu, który był dla nas trochę bardziej wymagający, w planie na ten dzień mieliśmy niecałe 6 godzin marszu. Mimo wszystko, aby uniknąć największych upałów i skorzystać z chłodu poranka, na szlak wyszliśmy o godzinie 7 rano. I chyba taka wczesna pora sprawiła, że spotkała nas kolejna niespodzianka. Będąc zaledwie kilkaset metrów od naszego noclegu, na drogę którą szliśmy wybiegł zając. Najpierw biegł przed nami, a później zatrzymał się, odwrócił i zaczął kicać w naszą stronę. Podszedł do nas na odległość 2-3 metrów.

Fereczata

Zając tak jak się pojawił, tak też po kilku chwilach znikł, a my ruszyliśmy dalej. Pierwsza godzina marszu była dosyć spokojna i szlak łagodnie wznosił się do góry. Jednak później zaczęło się podejście na Fereczatą i szlak na odcinku 2.5 kilometra wznosił się o 400 metrów. Jako, że był to poranek to takie podejście nas rozbudziło.

Kierunek Duże Jasło

W przeciwieństwie do poprzedniego dnia, tym razem widoków na otaczające nas góry mogliśmy doświadczać tylko na szczytach. Pierwszym z tych szczytów była Fereczata, następnie przechodziliśmy przez Okrąglik, Duże Jasło oraz Małe Jasło.

Komary i niebieskie ślimaki

Inną atrakcją na szlaku było pojawienie się komarów. To był nasz 3 dzień, ale dopiero teraz te małe nieznośne owady zaczęły nas kąsać.

Kolejną rzeczą, która nas zaskoczyła, były niebieskie ślimaki. Czegoś podobnego jeszcze nie widziałem.

Miejsce katastrofy śmigłowca z ekipą programu „997”

Będąc już niedaleko Cisnej napotkaliśmy na szlaku pomnik upamiętniający miejsce katastrofy śmigłowca. Na pokładzie śmigłowca znajdowali się policjanci, którzy mieli wziąć udział w odcinku programu „997” kręconym w Cisnej. Z tego co przeczytałem w Internecie tylko czystym przypadkiem na pokładzie nie znajdował się prowadzący program Michał Fajbusiewicz.

Cisna

W Cisnej byliśmy w okolicach godziny czternastej. Jakąś godzinę wcześniej zaczął padać deszcz, więc gdy już dotarliśmy na miejsce byliśmy mokrzy.

W ramach regeneracji, oprócz obiadu i krótkiego spaceru, zrobiliśmy sobie wolne popołudnie.

Dzień 5 – 17 czerwiec 2019

Burzowa noc, mglisty poranek

Przed nami jeden z najdłuższych dni podczas całej wyprawy – niemal 10 godzin marszu. A przynajmniej z takim nastawienie wstawaliśmy tego poranka, bo jak się wkrótce okaże, będziemy zmuszeni zmienić plany.

Wczorajszy deszcz przerodził się w nocy w potężną burzę, która o poranku pozostawiła po sobie unoszącą się nad miejscowością mgłę i lekką mżawkę

Bieg rzeźnika

Szlak naszej dzisiejszej wędrówki pokrywał się częściowo z trasą Biegu Rzeźnika, który rozpoczynał się za kilka dni. Jak się okazało w hotelu, w którym nocowaliśmy mieszkali także organizatorzy tego wydarzenia.

Dla osób, które nie wiedzą czym jest Bieg Rzeźnika wyjaśniam, że jest to ultra maraton powszechnie uważany za najtrudniejszy w Polsce. W podstawowej wersji wymaga przebiegnięcia 80 km przez góry, a w rozszerzonej 100 kilometrów.

Zmiana pogody i planów

Pierwszy kilometr szlaku okazał się stromy co nas rozbudziło, bo poranna aura pogodowa była monotonna. Padał lekki deszcz i chmury zasłaniały niebo.

Niestety później pogoda znacznie się zmieniła i wymusiła na nas zmianę planów. Około godziny 8 rano usłyszeliśmy pierwsze grzmoty, a chwilę później zaczęła się ulewa. Obawiając się, że za chwilę rozpocznie się burza, po dojściu do niebieskiego szlaku postanowiliśmy zejść nim w okolice miejscowości Żubracze i tam złapać autostop. W ten sposób skróciliśmy nasz marsz i dojechaliśmy do Komańczy.

Komańcza

W Komańczy byliśmy jeszcze przed południem, więc mieliśmy dużo czasu na odpoczynek. Po południu gdy pogoda już się poprawiła wyszliśmy na spacer poznać Komańczę. Najciekawszymi budynkami, które znaleźliśmy były Leśna Willa (byłe schronisko PTTK) oraz klasztor Sióstr Nazaretanek wyglądający jak mały drewniany dworek.

Dzień 6 – 18 czerwca 2019

Opuszczamy Bieszczady, witamy Beskid Niski

Przez Komańczę przepływa niewielka rzeka Osławica, która stanowi naturalną granicę pomiędzy Bieszczadami a Beskidem Niskim. Dlatego już z samego poranka pożegnaliśmy się z Bieszczadami i przywitaliśmy Beskid Niski.

Co nie co o Beskidzie Niskim

Przygotowując się do tego wyjazdu dowiedzieliśmy się kilka rzeczy o Beskidzie Niskim. Przede wszystkim to pasmo znajduje się w ścisłej czołówce najmniej uczęszczanych gór w Polsce. Nam przemierzając szlak tymi górami zdarzyły się dni, że nie spotykaliśmy żadnych ludzi.

Inną cechą wyróżniającą są łąki, które często porastają te góry (nie mylić z Bieszczadzkimi połoninami).

Nie najlepiej oznakowane szlaki

Z kolei mniej pozytywną cechą Beskidu Niskiego są nie najlepiej oznakowane szlaki. Nie wiem z czego to wynika, ale nawet w przewodniku ostrzegali, aby bardzo zwracać uwagę na szlak, by przypadkiem nie pomylić drogi. Niestety nawet wiedząc o tym, już w pierwszych godzinach w Beskidzie Niskim zgubiliśmy szlak i później przez pół godziny szukaliśmy właściwej drogi wśród beskidzkich łąk.

Niskie góry

Nazwa Beskid Niski nie wzięła się znikąd. Najwyższym szczytem tego pasma po polskiej stronie jest Lackowa, która ma wysokość 997 m. n.p.m. Zaś na naszym szlaku najwyższy szczyt tego dnia to była Tokarnia 771 m. n.p.m. I choć nie są to wysokie góry, to szlaki mają tutaj tendencję do wchodzenia na szczyt najkrótszą drogą, która jednocześnie jest drogą najbardziej stromą. Dlatego podejście na Tokarnię, mimo że wynosiło zaledwie 250 metrów, było męczące.

Spokojne góry

Od Tokarni zmiany nachylenia szlaku były już o wiele łagodniejsze i to na tyle, że od Przełęczy Pod Tokarnią szlak połączył się ze ścieżką rowerową.

Od Przełęczy pod Tokarnią większość szlaku przebiegała lasem. Dopiero niedługo przed Puławami Górnymi szlak znowu wyszedł z lasu i prowadził przez łąki.

Puławy Górne – miejsce, do którego jeszcze wrócę

W Puławach Górnych byliśmy w okolicach 16. I od samego początku ta mała miejscowość wywarła na mnie pozytywne wrażenie. Znajdowała się w przyjemnym otoczeniu gór i była bardzo spokojna. Do Puław można wjechać tylko z jednej strony, dlatego niewiele samochodów przez nią przejeżdża. A do tego trafiliśmy na miłych gospodarzy, u których dobrze wypoczęliśmy. U mnie ta miejscowość trafia na listę miejsc do których jeszcze wrócę.

Dzień 7 – 19 czerwca 2019

Spokojny dzień

Na ten dzień mieliśmy przewidziane niecałe 6 godzin marszu, dlatego nie czując żadnej presji, na szlak wyszliśmy dopiero o godzinie dziesiątej.

Pierwsze 2 godziny szlak prowadził drogą asfaltową. Najpierw przez Puławy Dolne, a później drogą do Wisłoczka. Ostatecznie zmierzał do bazy namiotowej i dopiero tam zeszliśmy z asfaltu.

Baza namiotowa „Wisłoczek”

Już pół godziny po wyjściu z naszego noclegu usłyszeliśmy pierwsze zapowiedzi burzy. Grzmoty raz był częściej, raz rzadziej, ale towarzyszyły nam przez całą drogę do bazy namiotowej Wisłoczek. Śpieszyliśmy się do niej, bo mieliśmy nadzieję, że na miejscu znajdziemy wiatę pod którą będziemy mogli się schronić przed burzą.

Wiata na szczęście była i przeczekaliśmy pod nią około godzinę. Po tym czasie burza ucichła, całkowicie nas omijając.

Kierunek Rymanów Zdrój

Po przerwie ruszyliśmy dalej w kierunku Rymanowa Zdrój. Po marszu równym asfaltem pierwsze metry szlaku wydawały się strome. Jednak szybko weszliśmy na niewielkie wzniesienie, a dalej szlak prowadził w dół w kierunku miejscowości.

Kolejna burza?

Ten dzień nam nie sprzyjał i podczas przerwy w Rymanowie Zdrój ponownie zbierały się nad nami burzowe chmury. Wyglądało na to, że tym razem nas nie ominie.

Postanowiliśmy przeczekać i zobaczyć co z tego wyniknie. Zaś jako wyjście awaryjne zostawiliśmy sobie dojazd autobusem. Na szczęście i tym razem okazało się, że po godzinie wszystko minęło i nie spadła nawet kropla deszczu.

Iwonicz Zdrój

O godzinie 17 byliśmy już w Iwoniczu Zdrój. Trochę mokrzy, bo w drodze z Rymanowa padała mżawka. Jednak była ona bardzo przyjemną ochłodą w ten duszny dzień.

W Iwoniczu mieliśmy zaplanowany dzień przerwy, który chcieliśmy przeznaczyć na regenerację oraz zwiedzanie tej miejscowości uzdrowiskowej. Plan w pełni zrealizowaliśmy, ale o tym napiszę w kolejnej części relacji z tego wyjazdu.

Kolejna część pojawi się na blogu za dwa tygodnie, a tymczasem zapraszam do zapoznania się z innymi moim tekstami:


Łukasz Mańka

Mąż, programista, nauczyciel programowania, marzyciel. Mam 31 lat i nadal zero siwych włosów na głowie. Na blogu dzielę się tym co lubię oraz tym co mnie inspiruje. Po więcej informacji zapraszam na stronę "O mnie"

0 Komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *